sobota, 23 lipca 2016

Zły sen



Gatunek: Angst
Paring: Jeongcheol (Jeonghan x Seungcheol)
Autor: Ruki
Ilość słów: 2187 
Opis: ,,Poczułem jak zimna woda otula moje ciało i powoli zapełnia płuca. Na początku się dusiłem i próbowałem ratować, jednak w końcu się uspokoiłem. Przecież sam chciałem takiej śmierci. Wybrałem takie zakończenie. To wszystko miało być dla mojego dobra. Nawet to, że kolejny raz tej wiosny straciłem przytomność. Chociaż potem budziłem się w jeszcze gorszym stanie.''

Seungcheol:
Morze, klif, pochmurne niebo, miłość mojego życia, jego łzy spadające powoli na chodnik i ja – człowiek, który zmarnował okazję na bycie z osobą, którą kocha. Poza tym zrobił najgorszą rzecz, jaką mógł. Powiedział zbyt dużo raniących słów. Jestem głupi, fakt. Niestety błędów nie cofnę, nieważne jak bardzo bym chciał. Słowa na zawsze zostaną w pamięci osoby, do której zostały wypowiedziane. Dlatego też tak bardzo zdania wypowiedziane przez Jeonghana zabolały mnie teraz. Jak to mówią buddyści: ,,Otrzymasz w zamian to, co dałeś.’’ Przecież na tym polega karma. Już dawno powinienem o tym wiedzieć.
 - Nienawidzę cię. Nie chcę cię znać. - Chociaż wiedziałem, że zasłużyłem i, że to wszystko dzieje się z mojej winy, nie potrafiłem nic zrobić. Stałem jak sparaliżowany. Chciałem coś powiedzieć, zatrzymać go, jednak nie mogłem. Coś mnie powstrzymywało.
Spuściłem głowę, kiedy poczułem, że łzy napływają mi do oczu. Nie pozwalałem jednak im wypłynąć. Chwilę mi to zajęło, ale kiedy już się uspokoiłem podniosłem niepewnie głowę. Miałem nadzieję, że chłopak nadal stoi i czeka na to, aż zbiorę się i go przeproszę. Niestety, jego już nie było. Miałem wrażenie, że oprócz zniknięcia Jeonghana, zniknęła także moja dusza. 
Przechyliłem głowę w bok i spojrzałem w stronę morza. Od zawsze się nim zachwycałem. Marzyłem o tym, żeby spędzić nad nim całe życie. Tak bardzo mnie kusiło, chociaż teraz w nieco inny sposób. Przecież to tylko skok w zapomnienie. Raczej bezbolesna śmierć, a przynosząca ukojenie. Nie miałem nic do stracenia. Chyba. 
Zbliżyłem się powoli w stronę końcówki klifu i spojrzałem w dół.
- Tylko jeden krok i będzie po wszystkim - powiedziałem sam do siebie, po czym przetarłem oczy, które zaczęły mnie nieprzyjemnie piec. Miałem nadzieję, że przez to znikną wszystkie obrazy, które w tym momencie widziałem. Niestety, jak zwykle się zawiodłem. Przed moimi oczami przeleciały wszystkie wspomnienia związane z Jeonghanem. Nasze pierwsze spotkanie, pierwsza randka, pierwszy pocałunek, pierwsza kłótnia i… no cóż, nasza ostatnia kłótnia też. Wszystko działo się w tym miejscu. Może gdyby miało miejsce gdzie indziej los potoczyłby się inaczej? Lub po prostu ja nie powinienem zaczepiać tego niezwykle pięknego chłopaka siedzącego na krawędzi klifu? Popełniłem w swoim życiu naprawdę wiele błędów. Żałowałem tego wszystkiego. Właśnie dlatego nie miałem oporu przed postawieniem nogi krok dalej i spadnięciem w otchłań morza, które wręcz zapraszało mnie w swoje ramiona. Chciało mi pomóc, sprawić, że będzie lepiej. 
Poczułem jak zimna woda otula moje ciało i powoli zapełnia płuca. Na początku się dusiłem i próbowałem ratować, jednak w końcu się uspokoiłem. Przecież sam chciałem takiej śmierci. Wybrałem takie zakończenie. To wszystko miało być dla mojego dobra. Nawet to, że kolejny raz tej wiosny straciłem przytomność. Chociaż potem budziłem się w jeszcze gorszym stanie. 
- Zimno – powiedziałem, otwierając oczy. Sennie podniosłem się do siadu i rozejrzałem się po pomieszczeniu w którym aktualnie się znajdowałem. Mimo tego, że od razu je rozpoznałem, i tak musiałem się uszczypnąć. Chciałem mieć pewność, że moja śmierć była tylko snem, który nigdy się nie wydarzył. A przynajmniej jego większa część. 
Wstałem z łóżka i ruszyłem w stronę biurka. Musiałem zaznaczyć w kalendarzu kolejny dzień, w którym obudziłem się przez swoją własną śmierć. Dzieje się tak już trzecią wiosnę. Tym razem było to dopiero 5 dni, jednak wiedziałem, że aż do lata będzie mnie to męczyć. Nie ważne, jak bardzo chciałbym to zmienić – i tak nie potrafię. Nadal kocham osobę, z którą pokłóciłem się te 3 lata temu i niestety nie mogę o niej zapomnieć. 
Stwierdziłem, że tego dnia zrobię sobie wolne w pracy i pójdę nad morze. Chociaż było to miejsce przywołujące wiele nieprzyjemnych wspomnień chciałem się tam znaleźć. Przyciągało mnie ono niczym we śnie. Czułem, że tylko w tym miejscu może się wszystko zakończyć. Mimo tego, że i tak wszystko, co ważne, w tym miejscu dobiegło końca. Niestety, w rzeczywistości nie mam tyle odwagi, co w snach. Tylko dlatego nadal utrzymuję się przy życiu i mam cichą nadzieję na powrót ukochanego, którego tak boleśnie straciłem. 
Jedno pójście nad morze przerodziło się w codzienne wyjścia. Miałem wrażenie, że przebywając w tym miejscu, sercem jestem bliżej niego. Nie wiedziałem co robi. Czym się zajmuje, czy ma kogoś bliskiego ani czy nadal o mnie myśli. Tak naprawdę nie powinienem się tym przejmować, jednak jakaś część mnie niezwykle bolała na myśl o tym, że może być w tej chwili z kimś innym. Miałem nadzieję, że mnie potrzebuje, dokładnie tak jak ja jego.
Któregoś dnia stwierdziłem, że napiszę list. Miał być ostatnią rzeczą skierowaną do Jeonghana przed moją śmiercią. Sam przecież nie wiedziałem w którym momencie postanowię odejść z tego świata. Zawsze trzeba być przygotowanym na takie rzeczy. Poza tym wiedziałem, że jestem u kresu wytrzymania i od przejścia na drugą stronę dzielą mnie jedynie dni, o ile nie godziny. 
W moim liście nie znalazło się wiele. Przelanie myśli na kartkę było dla mnie równie trudne, co wypowiedzenie ich. Nie wiem czy nawet nie trudniejsze. Do napisania tego zmusiło mnie jednak to, że kiedyś i tak przyjdzie taka pora, że będę musiał to z siebie wyrzucić, a musiałem postępować zasadą: ,,Teraz, albo nigdy.’’ 
Ten dzień w końcu nadszedł. Budząc się czułem, że jestem wypruty ze wszystkich uczuć. Każda kolejna noc z tym samym snem wykańczała mnie coraz bardziej. Już był kres wszystkiego, nie mogłem ciągnąć tego dalej. To było nie do wytrzymania. 
Tego samego dnia ruszyłem na ten dobrze znany mi klif. Było to już moją rutyną, jednak tym razem poszedłem tam w innym celu. Chciałem spełnić moje sny. Myślałem, że nigdy się na to nie odważę, jednak ludzie się zmieniają i nic nie można na to poradzić. Jedni się rodzą, inni odchodzą. Taka jest kolej rzeczy. Ja po prostu postanowiłem, że to będzie dla mnie najlepsze. 
Jedyną rzeczą jaka różniła moje sny od jawy było położenie listu pod leżący obok moich stóp kamień. Sam nie wiem, czy chciałem, żeby dotarł do Jeonghana. Możliwe, że po prostu nie byliśmy sobie przeznaczeni, a nasz los nie mógł się zmienić. Po prostu powinniśmy się z nim pogodzić. Dlatego nie zastanawiając się dłużej zrobiłem dokładnie tak jak w moim śnie i postawiłem jeden krok więcej. 
Jako, że nawiedzający mnie każdej wiosennej nocy koszmar był bardzo realny, byłem już przyzwyczajony do śmierci. Wszystko odgrywało się tak samo. Póki jeszcze byłem tego wszystkiego świadomy, spojrzałem na moją lewą rękę. Była cała okaleczona. Codzienne sprawdzanie, czy jestem w śnie, czy w rzeczywistości zostawiało znaki i było potwierdzeniem, że teraz naprawdę umieram.
Wypuściłem pozostałe powietrze z płuc i zamknąłem oczy. Pozwoliłem, by morze zabrało mnie do siebie. Była to powolna i bolesna śmierć, jednak jak zwykle próbowałem sobie wmówić, że to dla mojego dobra. Kiedy zacząłem dostrzegać jakieś dziwne światło wiedziałem już, że teraz będzie tylko lepiej, a ja opuściłem ten świat na zawsze.

Jeonghan:
Najpiękniejsza sceneria do zerwania jaką można sobie wymarzyć to oczywiście miejsce w którym poznało się miłość swojego życia, bo jak inaczej. Chociaż na tym klifie działy się rzeczy warte zapamiętania, przeżyliśmy tu też kłótnie tak mocne, że sprowadziły nas do momentu, w którym aktualnie się znajdowaliśmy. 
- Nienawidzę cię. Nie chcę cię znać. - Te słowa z trudem przechodziły mi przez gardło. Tak naprawdę chciałem, żeby został, przytulił mnie i przeprosił. Miałem nadzieję, że wszystko będzie dobrze i nam się ułoży. Jak zwykle się zawiodłem. Spojrzałem na mojego byłego chłopaka, a po moim policzku spłynęła pojedyncza łza. Ten nawet nie zwrócił na to uwagi, bo nie miał odwagi spojrzeć mi w oczy. Cały czas wlepiał wzrok w ziemię. Miałem wrażenie, że zapomniał o moim istnieniu. Zapewne nigdy nic dla niego nie znaczyłem. Zresztą i tak mi o tym powiedział.
Skorzystałem z chwili nieuwagi Seuncheola i zbliżyłem się do końcówki klifu. Nie patrząc w dół, skoczyłem do wody mając nadzieję, że śmierć nadejdzie szybko. Skoro nic nie znaczyłem dla osoby, którą kocham mogłem spokojnie umrzeć. Może nawet nie zwrócił uwagi na to, że właśnie rzuciłem się do zimnej wody i raczej nikt nie będzie w stanie mnie uratować. 
Śmierć nadchodziła zbyt wolno oraz była bardzo bolesna. Czułem, że nie mogę złapać powietrza, a do moich płuc powoli wlewała się woda. Irytowało mnie to, że nie mogę nic zrobić, nawet w kierunku skrócenia sobie cierpienia. Może po tym wszystkim byłoby dla mnie lepiej, lecz zanim to nastąpi, musiałem się okropnie męczyć.
- Mam dość - powiedziałem do siebie w myślach po czym otworzyłem oczy, żeby po raz ostatni zobaczyć dno morza, na którym aktualnie odbierałem sobie życie. Miałem wrażenie, że słyszę głosy, jednak było to tylko złudzenie przed odejściem z tego świata. Umarłem.
Zerwałem się z łóżka ze łzami w oczach. Byłem cały spocony i roztrzęsiony. Skoro nadeszła wiosna, powróciły do mnie sny, pojawiające się już 3 rok z rzędu. Miałem ich dość, jednak tęsknota za Seungcheolem dawała się we znaki. Żałowałem słów wypowiedzianych tamtego dnia. Może gdybym nie powiedział tych dwóch zdań uzyskałbym przeprosiny i teraz budził się w objęciach ukochanego. Niestety, czasu nie można cofnąć. Poza tym Seungcheol na pewno ma teraz kogoś, kogo kocha i nie pamięta już o tym chłopaku, który przez jakiś czas był ,,kimś ważnym’’ w jego życiu.
Wiosna powoli mijała. Próbowałem wielu sposobów, żeby odgonić od siebie koszmary senne. Kiedy zorientowałem się, że nic nie może mi pomóc, postanowiłem, że wybiorę się na ten klif. Nie miałem nic do stracenia, a właśnie to miejsce nawiedzało mnie każdej nocy chwilę przed okropną i bolesną śmiercią. Miałem nadzieję, że może znajdę tam coś co powstrzyma moje sny a ja znów będę szczęśliwy.,.
Przychodzenie tam stało się czymś, co robiłem każdego dnia. Siedziałem w tym miejscu chwilę i rozmyślałem,a kiedy stwierdzałem, że mam dość, wracałem do domu. Nie wiedziałem wtedy, że oprócz mnie przychodziła tam jeszcze jedna osoba, która też miała ten głupi nawyk. Los jednak chciał, że każdego dnia się mijaliśmy i nie mogliśmy spotkać, chociaż oboje tego bardzo pragnęliśmy.
Któregoś dnia obudziłem się wyjątkowo pusty. Miałem wrażenie, że stanie się coś okropnego, jednak nie wiedziałem co. Starałem się to zignorować, chociaż nie wychodziło mi to najlepiej. Przetrwałem w ten sposób nawet połowę dnia, jednak kiedy już nie wytrzymałem zerwałem się z uczelni i ruszyłem w stronę klifu, do którego z niewyjaśnionych przyczyn tak bardzo mnie ciągnęło.
Jak zwykle nikogo tam nie zastałem. Zobaczyłem jednak coś, czego nie widziałem tu nigdy wcześniej. Jakaś koperta leżąca pod kamieniem, zaraz obok końca klifu. W pierwszej chwili pomyślałem, że może jakiś romantyk zostawił to dla swojej dziewczyny i nie powinienem tego ruszać. Była też opcja, że był to list samobójcy. Miałem w planach zostawienie tego i wrócenie do domu, jednak ciekawość wzięła górę. Powoli zbliżyłem się w stronę koperty, która, jak się okazało, była podpisana moim imieniem.
- Seungcheol - powiedziałem odruchowo. Nie wiedziałem, kto inny mógł to tu zostawić. Na moich ustach pojawił się uśmiech. Przytuliłem do siebie kopertę i poszedłem kawałek dalej, żeby usiąść i przeczytać zawartość. Przez chwilę byłem pewien, że chłopak zostawił to, żeby nawiązać ze mną kontakt. A przynajmniej chciałem w to wierzyć.
Szczęśliwy otworzyłem kopertę. Nie spodziewałem się jednak, że to, co tam zobaczę sprawi, że do moich oczu od razu napłyną łzy, a ja nie będę potrafił ich powstrzymać.
,,Uh, no cóż… Od czego tu zacząć? Może najlepiej od tego, że chciałem przeprosić. Nigdy nie chciałem Cię skrzywdzić. Od zawsze Cię kochałem. Może nigdy Ci tego nie powiedziałem, ale tak było. Byłeś najważniejszą osobą w moim życiu, a ja byłem tym idiotą, który Cię stracił. Przepraszam jeszcze raz.
Zapewne tego nie przeczytasz, jednak chciałbym od razu Cię pożegnać. Ten list znalazł się w tym miejscu dlatego, że odebrałem sobie życie. Bez Ciebie nie widziałem sensu bycia po tej stronie. Więc żegnaj, cieszę się, że poznałem taką osobę jak Ty. Byłeś najlepszym, co mnie w życiu spotkało. Mam nadzieję, że ułożyłeś sobie życie i jesteś teraz szczęśliwy.
Ps. Nigdy nie byłem zbyt dobry w pisaniu listów i okazywaniu uczuć, za co też przepraszam. ~Seungcheol.’’
Przeczytałem list chyba 5 razy. Pragnąłem zobaczyć na nim zdanie, w którym ten idiota pisze, że to głupi żart i, że wcale się nie zabił. Biorąc pod uwagę to, że jeszcze dzień wcześniej nie było tego listu, zabił się dzisiaj. Fakt, miałem złe przeczucie, jednak je zignorowałem. Możliwe, że gdybym przyszedł do tego miejsca od razu, nie wydarzyłoby się to. Znowu bylibyśmy szczęśliwi i nie musielibyśmy więcej cierpieć.
Z listem w dłoni wróciłem do miejsca, w którym go znalazłem.
- Seungcheol zaczekaj na mnie - powiedziałem, patrząc w dół. Łzy nadal spływały po moich policzkach, a ja nie mogłem uwierzyć, że moje sny stały się jawą. Cholernie się bałem, ale nic nie mogło mnie powstrzymać przed skokiem. Przed oczami widziałem twarz chłopaka. Może chociaż po drugiej stronie spotkamy się na nowo i zapomnimy o tym, co wydarzyło się w tym okropnym miejscu?
Poczułem się znowu jak w moim koszmarze. Różniło się to tylko tym, że tu jeszcze dokładniej czułem ten ból i nie mogłem wyrzucić z głowy myśli o chłopaku, który zginął tu chwilę przede mną. Nim straciłem przytomność zdążyłem opaść na dno i dostrzec ciało osoby, którą tak kochałem. Teraz już wiedziałem, że to wszystko jest prawdą. Resztką sił przysunąłem się do niego, żeby złączyć nasze dłonie i pozwolić sobie odejść. Chociaż to wszystko bolało, wiedziałem, że jeszcze chwila, a będę po drugiej stronie. Kiedy zacząłem dostrzegać jakieś dziwne światło rozumiałem już, że teraz będzie tylko lepiej, a ja opuściłem ten świat na zawsze. 

A/N: Tak naprawdę jest to moje pierwsze opowiadanie nie tylko na blogu, ale też ogólnie. Mam nadzieję, że wam się podobało i przyjmiecie mnie dobrze.~

piątek, 22 lipca 2016

Tęsknota jest zgubna




Gatunek:
 AU, Angst
Pairing: Hozi
Autor: Soran
Ilość słów: 1144
Opis:  Nadmierna tęsknota to pierwszy krok do twojej zguby, a Soonyoung postanowił go wykonać.


Gatunek: AU, Angst
Paring: Hozi
Autor: Soran
Ilość słów: 1144
Opis: Nadmierna tęsknota to pierwszy krok do twojej zguby, a Soonyoung postanowił go wykonać.

- Możesz mi to oddać? - Spojrzałem na niego, czując, jak oczy mnie pieką od napływających do nich łez. - Proszę. - Nie chciałem mu tego oddawać. Pociągnąłem nosem. Był sam środek zimy, a ja stałem na środku wąskiej, starej uliczki w dzielnicy mieszkaniowej.
- Jeśli Ci to oddam... To odejdziesz i zostawisz mnie już na zawsze – powiedziałem, histerycznie dusząc w sobie płacz.
- Soonyoung, proszę. – Zagryzłem wargę. Ton jego głosu był wręcz błagalny.
- Oddam Ci, jak będę gotowy...

To już około 2 miesiące, odkąd mieszkam sam. Moje mieszkanie wydaje się takie puste. Tylko ja, nienaruszone pokoje i wspomnienia. Zamknąłem oczy i omiotłem się wspomnieniem jego skóry, słodkiego zapachu i miękkiego głosu. Tęskniłem, ale wiedziałem, że nie wróci.
Pewnego dnia, gdy wyszedłem z domu na zakupy, spotkałem go. Stał między półkami i w dłoniach trzymał swoje ulubione chrupki. Nie patrzył na mnie, bo zajęty był wybieraniem kolejnych przekąsek.
- Jihoon. - Szepnąłem, a ten momentalnie odwrócił się do mnie, omiatając mnie martwym spojrzeniem. Zmarszczył brwi.
- Soonyoung... co ty tu robisz? - Jego głos był tak ciepły, ale martwy. Mimo to mógłbym go słuchać cały czas.
- Robię zakupy, jak widać. - Chrząknąłem, unosząc lekko reklamówkę do góry, która wypełniona była produktami spożywczymi. Chłopak pokiwał głową, lekko się rumieniąc. No cóż... co można robić w sklepie, jak nie kupować jakieś produkty?
Staliśmy tak przez chwilę. Ja patrzyłem na niego, a on kurczowo wwiercał wzrok w podłogę. Nagle w sklepie zrobiło się aż nazbyt cicho i miałem wrażenie, że mogłem usłyszeć jego płytki oddech. Miałem ochotę podejść i pocałować go na oczach wszystkich, jednak zrobiłem coś innego. Szybkim krokiem złapałem go za rękę i pociągnąłem w stronę wyjścia.
- Hosni... przestań. – Słyszałem jego głos za sobą. Wiedziałem, że to nie ma sensu, że to nic nie zmieni... ale musiałem coś zrobić... Chociaż najmniejszy krok. Myślałem, że choć najmniejszy gest znów nas do siebie zbliży i, jak dawniej, będę cieszyć się sielanką życia. Szłedłem, nie patrząc na nic. Na ludzi, słupy, czy znaki. Kierowałem się w stronę domu.
Będąc już na miejscu, rzuciłem go na łóżko. Spojrzał na mnie wymownym wzrokiem. Miałem ochotę na niego krzyczeć. Pytać, dlaczego mnie zostawił, ale zamiast tego wisiałem nad nimi, patrzyłem. Spoglądałem na jego dziecięcą buzię, czując jak łzy cisną mi się do oczu.
- To nie ma sensu Soonyoung - powiedział spokojnie. Płacz coraz bardziej ciążył mi na powiekach. Uderzyłem pięścią w materac, tuż obok jego głowy i podniosłem się do siadu. Nie płakałem... płacz był moim najgorszym wrogiem od jakichś 2 miesięcy.
- Chcesz coś do picia? - zapytałem, czując swoją własną pustkę w głosie. Jihoon tylko pokręcił głową i wstał z łóżka. - Straciłeś te wszystkie wspomnienia? - Zadałem kolejne pytanie, a Woozi spojrzał na mnie pusto. -Nie pamiętasz, jak było nam z sobą dobrze? - Popatrzyłem na niego kontem oka. Chłopak spuścił głowę, wbijając oczy w podłogę. - Dlaczego to musiało się to wszystko tak potoczyć? - Westchnąłem, przeczesując grzywkę palcami. Czułem się pusty.

Od tamtego czasu minęło jakieś 5 dni. Z każdym kolejnym czułem się coraz gorzej. Nie miałem ochoty na nic. Mimo iż wykonywałem czynności ludzkie, posiadałem wrażenie, że jestem rośliną...

Zamknąłem oczy...

- Jihoon, o której dzisiaj wrócisz? – Spytałem, pocierając zaspane oczy i nalewając kawę do miętowego kubka. Z mlekiem i dwiema łyżeczkami cukru, tak jak lubił najbardziej.
- Dzisiaj mam wyjść nieco wcześniej – Uśmiechnął się – To przez to, że pracowałem ostatnio do późna. - Pokiwałem głową.
- Wracaj szybko. – Postawiłem mu pod nosem kawę. Wypił ją szybko i wyszedł....

Potem był już tylko krzyk...

Zdjąłem z nóg buty. Czułem zapach morza. Spojrzałem w górę. Gwiazdy świeciły jak miliony świec, a księżyc był niczym ta, największa, najpotężniejsza świeca. Nabrałem powietrza do płuc. Czułem pod stopami coraz mniej stabilny grunt. Zsunąłem z ramion koszulę.
- Co zamierzasz zrobić? - Odwróciłem się. Stał tam Jihoon. W tych samych ciuchach, w których widziałem go po raz ostatni. Znowu łzy napełniły moje oczy, ale znowu nie płakałem.
- Zastanawiam się, jak to jest się zabić. - Prychnąłem.
- Soonyoung... proszę Cię... zapomnij i zacznij żyć, tak, jakbyś nigdy mnie nie znał. - Patrzył na mnie tym błagalnym wzrokiem. - A pierwszym krokiem do tego będzie oddanie mi tego. - Wyciągnął rękę. Cofnąłem się o pół kroku do tyłu. Westchnąłem ciężko.
- Wiesz... zastanawia mnie, co jest gorsze. Żyć bez Ciebie, ciągle o Tobie pamiętając, czy zapomnieć o Tobie całkowicie. - Uśmiechnąłem się ironicznie. Strata go bolała... a nie pamięć o nim będzie jeszcze gorsza. Wyjąłem z tylnej kieszeni kopertę, do której włożyłem jego naszyjnik. - W środku jest jeszcze list... przeczytaj go kiedyś – powiedziałem. Jihoon otworzył ostrożnie kopertę i wyjął z niej metalowy łańcuszek.
- Dziękuję - mruknął i odwrócił się do mnie plecami. – Tak będzie lepiej Soonyoung... tak będzie lepiej. - Pokiwałem głową na jego słowa i sam się odwróciłem. Przede mną było już tylko morze... i urwisko.
- Kocham Cię Woozi... zawsze będę Cię kochał - powiedziałem, przymykając oczy. Wziąłem rozbieg, pobiegłem i nagle grunt skończył mi się pod nogami. Czułem jak lecę. Przez chwilę miałem wrażenie, że wszystko, co ludzkie, mnie opuszcza. Wolny. Byłem wolny. Choć na chwilę wolny od klątwy, która została na mnie rzucona 2 miesiące temu.
Plusk wody.

Opadałem na dno. Merytorycznie i dosłownie. Otworzyłem na chwilę oczy. Zimna woda zalała mnie z wszystkich stron. Przed sobą widziałem tylko księżyc. Był taki ogromny i lśniący. Czułem go na swojej twarzy. Podniosłem rękę. Miałem na niej mały zegarek na czarnych paskach. Od środka był już lekko pożółkły, a wskazówki w paru miejscach obkruszone. Godzina 20:19. Dokładnie o tej godzinie, 3 miesiące temu, zginął mój ukochany. Dzisiaj ginę i ja. Z tęsknoty za nim żołądek ściskał mi się do tego stopnia, że nie mogłem jeść, a gula w gardle ledwo pozwalała mi przełknąć ślinę. Sen spływał mi z powiek za każdym razem, gdy przykładałem głowę do poduszki, a gdy tylko się podnosiłem, czułem się znów ospały. Myśli wiecznie galopowały po głowie w chaosie. Ogarnęła mnie desperacja i depresja do takiego stopnia, że go widziałem.
W płucach powoli brak powietrza. Czułem, jak w mojej tylnej kieszeni rozmięka papier. Ogarniało mnie zimno i z każdym centymetrem niżej było mi lepiej... czułem się bliżej niego. Skostniałą już ręką sięgnąłem do tylnej kieszeni. Nadal tam był... naszyjnik Jihoona. Mój największy skarb, odkąd go straciłem. Oplotłem sobie go wokół ręki i jeszcze raz spojrzałem w górę. Księżyc wydawał się coraz jaśniejszy, a wszystko, co wokół niego, czarne i zimne. Moje ciało z sekundy na sekundę czuło coraz większy nacisk i coraz większą lekkość. Zamknąłem oczy. To koniec. On nie wróci. Ja też nie wrócę do normalnego stanu rzeczy. Muszę go dogonić. Dogonię go. Doganiam go.
Czuję jak duszą mnie moje własne płuca. Z ust już nie wydobywa się ani jeden bąbelek. Zamknąłem oczy ciaśniej niż zwykle.

Czuję ulgę. Czuję się lepiej, mimo iż czuję zimno... czuję jego obecność.
Chyba umarłem.

niedziela, 10 stycznia 2016

Kidnapped - I




                 Popołudniowa kawa była moją codzienną rutyną, po ciężkim dniu w akademickiej sali. Nawet nie wiecie ile szczęścia dawało male, czarne americano po parunastu godzinach siedzenia na tyłku i parowania mózgu. Rozłożyłem się wygodniej na pastelowo-szarym fotelu i wlepiłem wzrok w książkę, a do ucha wsadziłem czarną słuchawkę z której leciała dynamiczna muzyka. W sumie sam coś próbowałem komponować, czasem układałem teksty ale było to tylko jako hobby, które sprawiało mi przyjemność. Przewróciłem pachnącą papierem kartkę i upiłem łyk kawy. Lubiłem tu przychodzić. Nikt nigdy nie zawracał mi tyłka, aby coś zamówić było trzeba pójść do kasy, kelnerzy roznosili tylko napoje i słodycze, a ty sobie siedziałeś z książką i miałeś cały świat w dupie. To było piękne uczucie, szczególnie że potrzebowałem oderwania od rzeczywistości i odmóżdżenia.
- Jooheon - Usłyszałem cichy, ale głęboki głos obok mojego ucha. Podniosłem wzrok i zobaczyłem stojącego nade mną Changkyuna. Uśmiechał się szeroko od ucha do ucha, a jego policzki były lekko zaczerwienione od niższej temperatury na zewnątrz. Był środek wiosny, choć bardziej środkowy początek, a temperatury nadal potrafiły nie przekraczać 11 stopni Celsjusza. Uśmiechnąłem się i popatrzyłem jak zdejmuje wiosenny płaszczyk.
- Brr... Na dworze jest tak strasznie zimno.
- Jeszcze parę tygodni temu była zima, czego się spodziewałeś? - Zapytałem łapiąc jego zimne dłonie. Chłopak od razu zaczął pobierać ode mnie cenne ciepło i nawet upił mi łyk gorącej kawy.
- Jak tam na uczelni? - Zapytałem bawiąc się jego palcami. Lim ChangKyun był ode mnie o dwa lata młodszy i niedawno co zaczął swoją przygodę z studiami. Poznaliśmy się na uczelni, gdy przypadkiem wpadłem na niego, podczas pędzenia na zajęcia. Szczerze to dość długa historia, bo tak na prawdę nie od razu jakoś się zaprzyjaźniliśmy. Po prostu małymi kroczkami się do siebie zbliżaliśmy i tak jakoś wyszło.
- Ciężko, ale jak na razie dobrze, zdałem kolokwia i na razie mam spokój. - Pokiwałem głową masując jego nieco popękaną dłoń. Pewnie niczym ich nie smarował.... Z resztą usta też miał popękane. Skrzywiłem się i dałem mu jeszcze kawy, aby się rozgrzał. W taką nijaką pogodę nie powinno się nigdzie chodzić, a szczególnie jeśli się o siebie nie dba. Westchnąłem i popatrzyłem w jego ciemne oczy. Tak bardzo je lubiłem, pamiętam że to właśnie jego oczy najbardziej wbiły mi się w pamięć podczas naszego pierwszego spotkania.
- Może się gdzieś przejdziemy? - Zapytałem dalej bawiąc się jego dłonią. - Chyba, że chcesz się jeszcze ogrzać.
- Nie nie trzeba, możemy gdzieś pójść, ale muszę dziś wrócić nieco wcześniej. Chcę się trochę pouczyć. - Pokiwałem głową z wyrozumiałością. W Korei wszechmocny jest wyścig szczurów o jak najlepszą pracę i dobrą pozycję w hierarchii społecznej. Ja nie martwiłem się o takie rzeczy. Wolałem iść powoli i dostrzegać małe rzeczy, niż pędzić przed siebie zwracając uwagę tylko na duże problemy.
                    Ubraliśmy się i wyszliśmy z kawiarenki, a w moją twarz uderzyła fala chłodnego powietrza. Dookoła było widać ludzi chodzących nerwowo po chodniku. Ich twarze były pozakrywane maseczkami albo szalikami. W uszach mieli słuchawki, które miały dawać sygnał "Nie mam zamiaru z nikim rozmawiać jestem odizolowany od innych.". Chwyciłem dłoń ChangKyuna, na co inni dziwnie się popatrzyli, a następnie poszliśmy do nie wielkiego jakby "parku" na obrzeżach Seulu. Było tam o tej porze na prawdę ślicznie. Zielona, młoda trawka tworzyła przyjemny, miękki dywanik, a powoli rozkwitające pąki na wiśni dodawały atmosfery.
- Jooheon.... - Odwróciłem głowę w stronę ChangKyuna, a ten szybko i delikatnie musnął moje wargi. No tak... Wraz z Kyunem byliśmy parą od dobrych paru miesięcy. W sumie zaczęło się to wszystko od tego, że pijany przyszedłem do niego i wyznałem mu miłość. Na samo wspomnienie tego wszystkiego robię się czerwony, bo w sumie żenujące jest to, że potrzebowałem alkoholu by powiedzieć mu o swoich uczuciach.
- Changkyunnie ~ - Krzyknąłem i podniosłem go. Był mały i chudy, a jego nogi to dwa patyki. Chłopak uśmiechnął się promiennie i objął mnie za szyję. Zacząłem kręcić się z nim w okół własnej osi. Często tak robiliśmy. Nie wiem dlaczego, ale to po prostu było dla nas obu bardzo przyjemne.
- Chodźmy do mnie... Już nie ucz się kolokwia na razie Ci się skończyły. - Powiedziałem nadal trzymając go w ramionach.
- No sam nie wiem...
- Oj no nie bądź taki - Zrobiłem swoje popularne, słodkie aegyo i zrobiłem błagalną minkę na co mój partner uśmiechnął się szeroko. Pogłaskał mnie po policzku, a ja wtuliłem twarz w jego dłoń. Delikatnie objąłem go w talii i przyciągnąłem nieco bliżej do siebie. Miałem taką ochotę go pocałować, ale ostatecznie jedynie tak staliśmy i przyjmowaliśmy lekko skrzywione miny przechodniów.
- Jak chcesz się poprzytulać to może jednak pójdźmy do Ciebie... - Chłopak oderwał się ode mnie i w tym samym czasie przyszedł do niego SMS, a mina Changkyuna nieco zrzedła. Wyjął z kieszeni biały telefon i szybko odczytał wiadomość, a następnie szybko go wyłączył i wsunął z powrotem do kieszeni kurtki. Uniosłem lekko brew i popatrzyłem na jego zmieszaną minę.
- Coś się stało? - Zapytałem, a chłopak jakby obudził się nagle z wielkiego transu zamyślenie i spojrzał na mnie lekko zaskoczonym wzrokiem.
- Nie... Wszystko w porządku. - Na twarz przylepił wymuszony uśmiech i sam ja udałem, że wszystko jest OK. Ponownie złapałem go za rękę i poszliśmy w stronę mojego domu, który dostałem od rodziców. Był nie daleko, zaledwie pięć minut drogi.

                   Zdjąłem kurtkę i powiesiłem ją zaraz obok płaszcza Chankyuna. Weszliśmy do małego, ale przytulnego mieszkanka. Najpierw przywitał nas korytarz, a później poszliśmy do małego salonu. Pokój był jasny, ciasny i przytulny.
- Zrobić Ci coś do picia? - Zapytałem obejmując go od tyłu i patrząc mu przez ramię na ręce. Znów miał w nich telefon i odczytywał wiadomości. Gdy tylko usłyszał mój głos, zmieszany odłożył przedmiot i odchylił głowę do tyłu znów sztucznie się uśmiechając. Czułem, że coś przede mną ukrywa, a to coś go trapi. Westchnąłem jeżdżąc palcami po jego płaskim brzuchu.
- O co chodzi?
- Jak to o co?
- Nie zgrywaj głupiego. - Burknąłem siadając na fotelu razem z nim na kolanach i wyjmując z jego kieszeni telefon. - Coś Cię dręczy i to jest tego przyczyną. - Chłopak westchnął i odblokował mi urządzenie, następnie odpalając wiadomości i dając mi telefon do ręki. Zacząłem czytać wiadomości od Bobbyego. To jeden z moich znajomych z którym miałem dziwny kontakt. Niby się lubiliśmy, ale coś było w jego zachowaniu co mi się nie podobało. Chyba już nawet wiem co....
Z zmarszczonymi brwiami czytałem wiadomości do mojego chłopaka. "Przecież on Cię nie kocha", "Moglibyście nie miziać się na ulicy..." "Dobranoc słoneczko "Miłego dnia kochany" "Dlaczego wolisz tego dupka Jooheona, ode mnie?" Byłem więcej niż wściekły. Changkyun jest mój i nie mam zamiaru go nikomu oddawać. Zacisnąłem palce na jego brzuchu i zagryzłem mocniej wargę.
- Ej, ej. ej - Z dalszego czytania tego wszystkiego odciągnął mnie ciepły głos partnera. - Nie denerwuj się, przecież wiesz że kocham tylko Ciebie i nie zostawię go dla gościa, którego widziałem tylko parę razy. - Chłopak odwrócił się tak, że siedział mi na kolanach przodem do mnie. Popatrzyłem w jego ciemne oczy i musnąłem jego wargi.
- Też Cię kocham. - Uśmiechnąłem się znów go całując, ale nieco namiętniej. Lim chętnie oddawał pocałunki. Objął moje policzki i przysunął się jeszcze bliżej. Nie mogłem powstrzymać się od tej czynności. Zacząłem zjeżdżać z pocałunkami na jego szyję. Zostawiłem tam małą, bladą malinkę, bo inaczej musiałby nosić ten okropny golf. Do moich uszu dobiegło ciche mruczenie, gdy wsunąłem swoje zimne palce pod koszulkę chłopaka. Uśmiechnąłem się i przygryzłem lekko delikatny płatek ucha. Miałem tak wielką ochotę narobić mu malinek, aby wszyscy wiedzieli, że jest mój. Jednak nie mogłem tego zrobić, bo potem miałby problemy. Dlatego skupiłem się na delikatniejszych pocałunkach z którymi schodziłem niżej i niżej. Ściągnąłem bluzkę z ciała Changkyuna i zabrałem się za pieszczenie jego torsu. Składałem zaborcze, ale pełne uczucia pocałunki na jego klatce piersiowej, dłońmi zaś błądziłem po jego plecach, drażniąc przy tym jego mleczną skórę. Na głowie czułem drobne ręce partnera, które błądziły między moimi czarnymi włosami, oraz jego aksamitne, różowe usta na czole. To była tak magiczna chwila, dopóki telefon chłopaka nie wydał z siebie dźwięku, oznaczającego przyjście SMS'a. Changkyun westchnął i wziął telefon z zamiarem odczytania go, ale szybko wyrwałem mu go z dłoni. To była nasza chwila i nikt nie miał prawa nam przeszkadzać.
- Ty, ja, łóżko i nic więcej, rozumiemy się? - Zapytałem patrząc w jego zmieszaną minę. No przepraszam bardzo, ale nie mam zamiaru z nikim dzielić się moją słodką pyzą. Uśmiechnąłem się i wziąłem go na ręce jednocześnie wstając. Przenieśliśmy się do mojego pokoju, a jego telefon rzuciłem gdzieś w kąt na fotel. Nachyliłem się nad szczupłym ciałem Changkyuna i znów zacząłem go całować. Był taki słodki, a szczególnie, gdy wił się pode mną z rozkoszy. Sam zdjąłem swoją koszulkę i wróciłem do całowania wrażliwego podbrzusza, na którym również zostawiłem malinkę. Rozpiąłem pasek od spodni i zsunąłem je o parę centymetrów w dół. Wtedy zadzwonił telefon. Uniosłem brew patrząc w jego stronę. Nie dość, że na ekranie wyświetlał się Bobby to jeszcze za dzwonek leciała jedna z moich piosenek, którą dałem przesłuchać dla swojego chłopaka. Lim już po niego sięgał, ale złapałem go za nadgarstek.
- Mam się powtarzać? - Zapytałem podirytowany. - Ty, ja, łóżko. Nie było tam mowy o telefonie, czy Bobbym
- Ale on dzwoni...
- To niech se dzwoni. - Wziąłem jego telefon, otworzyłem klapkę i wyjąłem baterie, kładąc rozebrane na części urządzenie, z powrotem na fotel. Changkyun westchnął i pogłaskał mnie po policzku. Pocałowałem go delikatnie w czoło. No i zepsuł całą atmosferę.  Dlaczego niektórzy ludzie nie mogą dać za wygraną? Na jego miejscu pozwoliłbym być dla chłopaka szczęśliwym, a nie ciągnąć go na siłę w swoją stronę, nawet jeśli on mnie nie kocha. Zresztą czy byłbym wstanie być szczęśliwy kosztem szczęścia osoby, którą kocham? Chyba nie za bardzo.
- Jooheon. - Moje rozmyślania przerwał Changkyun, który czule głaskał mnie kciukiem po policzku. - Kocham Cię - Uśmiechnąłem się na te słowa. Nie znamy się nie wiadomo ile, ale chyba mogę powiedzieć że ten chłopak zna mnie na wylot.
- Ja Ciebie też ~ - Mruknąłem całując go w usta.

           Chankyun został u mnie na noc, a jako że wykłady mieliśmy po południem, razem spędziliśmy poranek. Oczywiście ja sobie pospałem dłużej, a Lim zrobił coś do jedzenia.
- Dzień dobry - Powiedziałem zastając go w kuchni i obejmując od tyłu w pasie. Chłopak odpowiedział mi przecierając zmęczone oczy.
- Coś się stało? - Zapytałem całując go w tył głowy.
- Złożyłem telefon i go włączyłem. Zgadnij ile miałem wiadomości...
- Dużo?
-Bardzo dużo, a treść mnie przerażała... - Odwrócił się do mnie przodem. - Powoli nie mam sił. - Widać to było po jego zmęczonej minie. Najgorsze było to, że nie mogłem za bardzo nic zrobić.
- Zmień numer, może przestanie Cię dręczyć - Chłopak westchnął teatralnie i przeczesał swoje ciemne włosy.
- Nie sądzę, aby to pomogło. - Leżący obok telefon znów zawibrował. Chyba na prawdę nie dawał za wygraną.
           Zjedliśmy śniadanie, a na ten czas Changkyun wyłączył telefon, dzięki czemu mieliśmy spokój i czas tylko dla siebie. Wykorzystaliśmy go jak najlepiej, bo pewnie ponowne spotkanie tego typu będziemy mieli dopiero za tydzień, może dwa.
- Naprawdę musisz już iść? - Zapytałem, gdy chłopak stał w przedpokoju i zakładał jesienny płaszcz i buty.
- Mhm, za dwie godziny mam wykłady,a jeszcze muszę coś zrobić. - Uśmiechnął się zapinając ostatni guzik, następnie podchodząc i całując mnie czule w policzek. - Napiszę jak będę w domu. - Pokiwałem głowę i pożegnałem go. Znów byłem sam w domu. Westchnąłem i podrapałem się po tyle głowy, samemu wracając do materiału z wykładów. Usiadłem przed biurkiem i otworzyłem książkę, próbując skupić się na tekście, jednak nie mogłem. Co chwilę spoglądałem na czarnego smartfona leżącego obok. Denerwowałem się, bo wiedziałem, że Changkyun jeszcze nie wrócił do domu. Zmarszczyłem brwi walcząc z samym sobą. Może i byłem przewrażliwiony, ale każdy by taki był, gdyby nękano jego ukochanego. Najbardziej przerażało mnie to, że Bobby wiedział zawsze co robimy i to nawet w moim domu.
Nagle telefon zawibrował, a ja podskoczyłem w miejscu i szybko chwyciłem go w dłonie.
Ale nie był to numer Changkyuna. Na wyświetlaczu miałem napisane nie znane mi cyfry, układające się w jeden numer. Drżącymi palcami otworzyłem zawartość wiadomości.
"Zagrajmy" 
Jedno słowo, a tyle przerażenia. Przełknąłem ślinę.
- ? 
- Sprawdź kuchnię 
Z trzęsącymi się nogami poszedłem do kuchni. Na początku nic nie zobaczyłem, więc znów spojrzałem w telefon.
"Stół"
Zmarszczyłem brwi i spojrzałem w kierunku niewielkiego, drewnianego stołu, na którym leżała czarna koperta. Przełknąłem głośno ślinę i wziąłem ją do ręki. Elegancka, czarna koperta, która pod światłem mieniła się w wzorek. Drążącymi rękoma otworzyłem zawartość koperty. Był tam list, który po chwili przeczytałem.

"Wybacz, ale nie umiem się pogodzić z faktem, że Changgie woli Ciebie, ode mnie. Postanowiłem więc się z tobą zabawić. - Zmarszczyłem brwi jeszcze mocniej czytając ten fragment. Czy ten pojeb chce coś zrobić mi albo Limowi? - Spokojnie nie mam zamiaru krzywdzić, ani Ciebie, a ni jego. Obiecuję że mu włosek z mojej winy z głowy nie spadnie.
Zagramy w grę, która jest prosta. Porwałem Changkyuna (spokojnie ma się dobrze na razie śpi). Gra polega na tym: Ja zostawiam Ci wskazówki, dzięki którym będziesz mógł znaleźć chłopaka. Jednak są pewnie zasady ~

Po 1 Jeśli nie uda Ci się w 4 tygodnie odnaleźć ChangKyuna to jest mój i nigdy nie będziesz miał prawa mi go odebrać. Jeśli Ci się uda nigdy więcej was nie ruszę.
Po 2 Nie waż się dzwonić na policję. Jeśli to zrobisz kulka w głowę dla chłopaka i jednocześnie dla mnie.
Po 3 Żadnych nie czystych ruchów, cały czas Cię obserwuję.
Po 4 Masz dokładnie 4 miesiące od zobaczenia tego. Zostawiam Ci wskazówki, aby było ciekawiej.

Życzę Ci powodzenia, chodź wątpię, abyś go znalazł. Mam nadzieję, że nie będziesz rozpaczał. Dobrze zadbam o naszą wspólną miłość. Z poważaniem
                                                                                                       ~ Bobby

             Byłem wściekły. Zgniotłem cały list i rzuciłem go w kąt pokoju, czując jak bardzo serce mi bije. Niech się waży go tylko tknąć, to nogi mu z dupy powyrywam. Szybko wyjąłem z kieszeni telefon i chciałem mu napisać wiadomość, jednak nie mogłem jej wysłać.
"Zaczynajmy ~ - Po chwili doszła do mnie kolejna wiadomość. Znajdę Changkyuna... Chodźbym miał przeszukać całą Korę ...

C.D.N

A/N: To jedna z serii o którą się boję, bo na prawdę dużo czasu zajęło mi sklejanie jej, a mam nadzieję, że jej nie zepsuję ~ Także więc oczekujcie kolejnej części ~

sobota, 2 stycznia 2016

Promise


Gatunek: Fluff, AU
Pairing: 2Won
Autor: Soran
Ilość słów: 1555
Opis: Hyungwon jest zdesperowany, aby zostać członkiem zespołu. Wonho to raczej lekkoduch, który chce spełnić swoje marzenie.


Gatunek: Fluff, AU
Paring: 2Won
Autor: Soran
Ilość słów: 1555
Opis: Hyungwon jest zdesperowany, aby zostać członkiem zespołu. Wonho to raczej lekkoduch, który chce spełnić swoje marzenie.

       Siedziałem na siłowni i podnosiłem sztangę chyba 25 raz. Nie była jakoś specjalnie ciężka, ale dla bardziej wątłej osoby, tak.
- Wyciskasz już coraz więcej. - Pochwalił mnie Shownu. Czasem trenowałem z nim i dzisiaj był właśnie taki dzień. Uśmiechnąłem się i odłożyłem sztangę, następnie podnosząc się do siadu. Wziąłem puszysty, biały ręcznik i wytarłem przepocone czoło.
- I tak muszę jeszcze popracować. - Rzuciłem ręcznik na ławkę i wstałem, aby następnie napić się wody. - Jak będę miał takie super ciałko jak ty, to na pewno zadebiutuję. - Zaśmiałem się i przeciągnąłem. Shownu także zaśmiał się głośno, a następnie poklepał mnie po ramieniu.
- Myślę, że potrzeba Ci czegoś więcej, abyś zadebiutował.
- Idioto, żartuję przecież. - Powiedziałem i zacząłem zbierać swoje rzeczy. Robiło się późno, a w dormie jeszcze coś trzeba zrobić.
Po powrocie do dormu walnąłem się na swoje łóżko, wsunąłem do uszu słuchawki i włączyłem pierwszy lepszy kawałek na liście. Ułożyłem się wygodnie i zamknąłem oczy, rozkoszując się chwilą.
- Hyung... - Usłyszałem cichy głos. Zignorowałem go, bo myślałem, że to coś w tle muzyki i dalej spokojnie sobie odpoczywałem.
- Aigoo, Hoseok hyung... - Otworzyłem oczy, a nade mną stał Hyungwon, który wydawał się nieco zdenerwowany.
- Co tam? - Wyciągnąłem słuchawki z uszu.
- Aish - Podniósł na mnie rękę, a ja szybko skuliłem się, głośno śmiejąc. - Dzisiaj twoja kolej na gotowanie, więc łaskawie rusz tyłek i mi pomóż. - Hyungwon był przykładem ślicznego chłopaczka. Grzeczny, ułożony, ale miał w sobie coś z pazurem. Uśmiechnąłem się cwaniacko i założyłem ręce pod głowę.
- To mam to zrobić, czy Ci pomóc?
- Masz to zrobić, ale łaskawie Ci pomogę, a więc lepiej tarzaj się na kolanach, bo ukazuję Ci swoje miłosierdzie.
- No Jezus, już idę, no...

Stałem i zmywałem naczynia z wczoraj, bo oczywiście nikomu się nie chciało posprzątać. Hyungwon stał przy kuchence i gotował ramen. Przyglądałem się jego rękom, temu, z jaką dokładnością wszystko robi. Z tego całego zapatrzenia aż upuściłem jeden talerz. Przeciągły huk tłuczonego szkła i białe kawałki porozrzucane po podłodze.
- Omo! - krzyknąłem, odskakując w tył i podnosząc ręce lekko w górę, aby następnie upuścić je z gestem bezradności. Westchnąłem zrezygnowany i podrapałem się po tyle głowy, patrząc na wystraszonego Hyungwona.
- Przepraszam... jakoś wszystko leci mi z rąk. - Powiedziałem, kucając i zbierając pojedyncze kawałki białego naczynia.
- Nic się nie stało... - Chłopak ukucnął obok mnie i zebrał resztki potłuczonego szkła. - W końcu to tylko talerz... - Pokiwałem głową i patrzyłem, jak to wyrzuca. Ostrożnie postawiłem nogę na tym miejscu i dalej wziąłem się za zmywanie naczyń. Gdy już wszystkie były olśniewająco czyste pozwoliłem sobie je poustawiać i zawołać chłopaków na obiad. Hyungwon postawił na środku małego stolika wielki garnek z ramenem. Oczywiście przez pierwsze 5 minut nikogo nie było, bo powoli wybudzali się ze swoich czynności, ale po chwili już przy stoliku był #Gun, JooHeon i maknae. Wszyscy razem zasiedliśmy do posiłku i, jak to my, rozmawialiśmy o najprzeróżniejszych tematach, jednak rozmowa w końcu zeszła do tematu No.Mercy.
- Szkoda, że YoonHo odpadł... - Nawet nie wiem, kto to powiedział, ale widziałem jak palce I.M zaciskały się na pałeczkach, aż knykcie mu pobielały. Przełknąłem ryż i popatrzyłem na twarze innych członków. Atmosfera nieco zgęstniała i nawet ja czułem się niezręcznie, zastanawiając się, jak trochę rozluźnić towarzystwo.
- Zadebiutują najlepsi i Ci, którzy są najbardziej pracowici. - Do akcji wkroczył Shownu.
- No... a co ty na to modelko? - #Gun, oczywiście turbośmieszek, zwrócił się do Hyungwona, który właśnie wciągał makaron z ramenu. Posłałem mu zabójcze spojrzenie, ale ten najwyraźniej nie wziął tego zbytnio do siebie.
- Co masz na myśli?
- Tylko to, że masz doświadczenie w modelingu, modelko. - Zaśmiał się. Zmarszczyłem brwi. Chyba nie wyszedł mu ten żart i to naprawdę. Won odstawił miskę i zacisnął pięści na kolanie.
- Myślisz, że ja się nie staram? Myślisz, że mam wywyższam się, bo mam ładniejszą twarz od twojej?
- Hyungwon... nie to chciałem po...
- Daruj sobie... - Hyungwon wstał i ruszył do swojego pokoju. Wszyscy wydawali się zmieszani. Skarciłem GunHee wzrokiem i podniosłem się do pionu.
- Nie chciałem powiedzieć nic złego.
- Pogadam z nim - powiedziałem i powędrowałem do pokoju, w którym mieszkał Hyungwon. Drzwi były zamknięte. Zapukałem cichutko, wsłuchując się w głuchą ciszę za drzwiami, jednak gdy lepiej się wsłuchało, można było usłyszeć stłumiony, cichy szloch. Na moje pukanie nie usłyszałem odpowiedzi, więc ponowiłem czynność.
- Hyungwonnie. - Starałem się, aby mój głos był jak najprzyjemniejszy i ciepły. Za drzwiami jednak odpowiadała mi cisza. Może powinienem zostawić go samego, aby przemyślał niektóre rzeczy?
- Hyungwonnie, otwórz, to ja, Hoseok. - Nacisnąłem na klamkę, ale drzwi dalej były zamknięte. Westchnąłem i już miałem odejść, gdy usłyszałem jak zamek drzwi puszcza i drzwi otwiera mój kolega. Jego twarz zrobiła się czerwona, a oczy były nieco przekrwione. Wyglądał jak płaczący aniołek. Wszedłem do środka i patrzyłem jak Hyungwon wdrapuje się na piętrówkę, do swojego łóżka. Westchnąłem i wszedłem po drabinie, siadając obok niego.
- Gunhee, nie chciał, aby to tak zabrzmiało... - Powiedziałem, ale chłopak odwrócił się do mnie plecami i mocniej przytulił do siebie kołdrę. - Hyungwon - mruknąłem, głaszcząc go po plecach. Czułem się dziwnie. Chciałem, aby nie płakał, aby czuł się dobrze. Chwyciłem go za boki i przyciągnąłem do siebie, tak, aby głową leżał mi na skrzyżowanych nogach. Spoglądałem mu w oczy, z których nadal wypływały łzy. Uśmiechnąłem się ciepło i poprawiłem jego grzywkę, która nie elegancko opadała mu na czoło.
- On naprawdę nie chciał. - Gdy to powiedziałem, Hyungwon westchnął i zacisnął palce na poduszce. Widać było, że coś go trapi. Ba! Wręcz zżera od środka. Pogłaskałem go po policzku, nadal wpatrując się w jego idealną twarz.
- Coś Cię martwi?
- Nie chodzi o to, że jestem modelem. - Hyungwon podniósł się do siadu i odwrócił przodem do mnie. - Chodzi o to, że... o to... o to, że się boję... boję się, że nie zadebiutuję.
- Hyungwon... - Powiedziałem, siadając bliżej niego i lekko się uśmiechając. - Każdy z nas się o to martwi.
- Ale ty nic nie rozumiesz! - Z jego ust nagle wydostał się niekontrolowany krzyk. Odsunąłem się w tył i otworzyłem szeroko oczy zaszokowany. Won zazwyczaj nie krzyczał... Widząc moje zaskoczenie, chłopak się zmieszał i spuścił głowę, patrząc na swoje ręce, jednocześnie bawiąc się palcami.
- Chodzi o mojego ojca... powiedział, że jeśli nie zadebiutuję, mam pójść na medycynę.
- E tam... to nie jest takie złe, a przy okazji jest się bogatym. - Próbowałem jakoś odwrócić całą sytuację w śmiech i rozbawienie, ale mojemu koledze wcale nie było do śmiechu.
- Nic nie rozumiesz... - Pokręcił głową, a po jego policzku znów pociekła łza. - Nie chcę tego... chcę zostać idolem, tworzyć muzykę, a nie grzebać ludziom w narządach. Brzydzi mnie to, jest okropne. - Zagryzłem wargę. Hyungwon, odkąd się znamy, brzydził się takich rzeczy jak wnętrzności, czy krew albo choroby. Na horrorach zazwyczaj chował głowę za ramieniem osoby siedzącej obok, a że ja najczęściej nią byłem, to już inna sprawa. Nagle naszła mnie ochota, aby go przytulić, ale nie zrobiłem tego. Chwyciłem jego ręce i spojrzałem głęboko w oczy. Nasze twarze były dosłownie parę centymetrów od siebie, a twarz Chae momentalnie poczerwieniała.
- Obiecuję Ci, że zadebiutujesz... - powiedziałem, wwiercając w niego swoje ciemne oczy. - Zadebiutujesz i nie będziesz musiał grzebać w ludzkich flakach. Obiecuję. - Gdy już wypłynęło to z mojego wnętrza, złożyłem mały pocałunek w kąciku ust Hyungwona. - A to tak na przypieczętowanie mojej obietnicy. - Powiedziałem, głaszcząc go kciukiem po dłoni. Twarz chłopaka wydawała się czerwona jak nos Rudolfa. Uśmiechnąłem się lekko i dotknąłem opuszkami palców jego nosek, a następnie opuściłem jego pokój.

14 maja 2015 roku zadebiutowaliśmy. Przepełnieni szczęściem, radością, stresem, podekscytowaniem i nutką adrenaliny, wróciliśmy do dormu, który oficjalnie nazywał się "Dorm Monsta X". Byłem dumny z siebie i chłopaków.
- Wonho... - Usłyszałem cichy, ale zdecydowany głos za swoimi plecami. Byłem w swoim pokoju i przebierałem się w codzienne ciuchy. Na mojej twarzy nadal było można zobaczyć rumieniec ekscytacji.
- Tak? - zapytałem stojąc bez koszulki. Przede mną stał Hyungwon, który właśnie zamykał drzwi na klucz. Uniosłem wyżej brwi i popatrzyłem na kolegę zdziwiony. Chciałem zapytać, co on robi, ale zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, chłopak rzucił się na mnie, tak mocno, że poleciałem na łóżko (przy okazji dostając deską po głowie), a na mnie siedział rozpromieniony Hyungwon.
- Ała, idioto, co robisz? - Powiedziałem, masując obolałą głowę. To naprawdę bolało... aż mi się łezka w oku zakręciła.
- Dziękuję... - Uniosłem brew. - Dziękuję. - Hyungwon powtórzył i przybliżył się do mnie. Zastygłem w bezruchu. Co ma teraz zamiar zrobić? Odsunąć się? Odepchnąć go? A co, jak zaraz strzeli mnie po twarzy? Myśli przepływały mi przez głowę jedna po drugiej, a rumieniec na twarzy nabierał coraz bardziej soczystego koloru. Nie wspomnę już o mocno bijącym sercu, które chyba miało zaraz wyskoczyć mi z piersi.
W końcu się to stało. Hyungwon przybliżył się jeszcze bardziej i delikatnie musnął moje wargi. Podczas tej jakże krótkiej „pieszczoty” poczułem, jak w moim brzuchu latają motylki, a w głowie robi się wodospad pustki.
- Hyungwon... - Wyszeptałem, a ten się tylko uśmiechnął, jeszcze raz mnie całując, a potem przytulając.
- To takie podziękowanie za to, że twoja obietnica się spełniła. - Zaśmiałem się i wtuliłem go mocniej w swój tors.

~Koniec

A/N: Leniwy, lekki ff tak na przywitanie na stronie ~ c:
(c) Shina